Zajawiłem się na maksa.

Indywidualna jazda na czas to odmiana kolarstwa, która wydaje się najbardziej odpowiednia dla kloca o wadze bliskiej 90 kg. Jedyną realną alternatywą pozostają płaskie wyścigi, zakończone finiszami parasprinterów. Te jednak (również na poziomie kolarstwa amatorskiego/masters) często wymagają wsparcia kolegów z ekipy (tak, tak – pociągi i walka na łokcie, jak w World Tourze). Czasówka natomiast idealnie pasuje do stwierdzenia „Nie mów mi, jak mam żyć!”. W jej trakcie nikt Ci tempa nie narzuci – jedziesz swoje. Żaden cwaniak, wiozący się w kołach, Cię też nie objedzie. Mano a mano puro.

Pierwszych kilka wyścigów za mną, pojawiły się więc wnioski. Niniejszym się nimi z Tobą dzielę.

Co uznaję za najistotniejszy czynnik w ITT? Smaczne śniadanie. Dlaczego? To proste: ono wróci. U mnie wraca niejednokrotnie.
Jazda na czas to konkurs na to, kto jest w stanie wytrzymać największą dawkę bólu i dyskomfortu. Boli wszystko. „Czwórki”, pracujące w nowej dla nich płaszczyźnie. Płuca, gdyż wyścigi trwają maksymalnie pół godziny, spędzasz zatem ten czas, „z definicji”, ponad progiem, czyli głęboko „w czerwonym”. Ramiona, gdyż to one przejmują na siebie utrzymanie ciężaru ciała – powinno to, w sumie, oznaczać, że chociaż tyłek mniej cierpi, ale… Tyłek, gdyż siedzisz na samym czubku siodła a ów czubek usilnie poszukuje w Twoim ciele pasującego doń zagłębienia (najgorzej jest, gdy je znajduje). Szyja – od ciągłego zadzierania głowy. Nadgarstki – od nienaturalnego ich wygięcia.
Ostatnio rozczuliła mnie urocza naiwność Maćka, który po pierwszych, niezbyt dla niego przyjemnych, chwilach na „kozie” stwierdził, że wybierze się na fitting w celu zmiany pozycji na „bardziej komfortową”. Drogi Maćku, komfortowa to ona nigdy nie będzie. To nie tak działa. Dobry bikefitter ustawi Cię w pozycji optymalnej (czyli baaaaaaardzo dalekiej od komfortowej) a Twoim zadaniem będzie zmuszenie się do wytrzymania w niej jak najdłużej. Jak ona wygląda? A jakoś tak:

Na zdjęciach (od lewej): Maciek Bodnar, Marcin Białobłocki, Jonathan Castroviejo i Piotrek Klin.

Kolejny wniosek jest zatem dość prosty: czasówka to: a) „głowa”, b) pozycja, c) waty i d) sprzęt. Moim zdaniem, w tej właśnie kolejności. Zatem, jeśliś pewny/-a, że jesteś w stanie zaaplikować sobie niespotykaną wcześniej dawkę cierpienia, wydaj kilkaset złotych na bikefitting. To będzie zdecydowanie najlepsza inwestycja. Indywidualna jazda na czas to sport polegający na rozpychaniu mas powietrza, znajdujących się przed Tobą. Na kole się nie schowasz, tej odmiany gonki żaden cwaniak nie ogoli. Warto więc spotkać się i przegadać temat z kimś, kto się na tym dobrze zna i rozumie zarówno zagadnienia związane z ergonomią ruchu jak i te dotyczące aerodynamiki.

No dobra, a tych watów to ile trzeba? Niestety, wiele. Stąd jest to konkurencja nieco łatwiejsza dla „dużych”. Umownie, na płaskich ITT, w mastersach, 360-380W na progu pozwoli Ci na walkę o laury open i tytuł mistrza kraju. FTP na poziomie 340-360W to duże szanse na zwycięstwa w poszczególnych gonkach (zarówno w kategorii jak i w generalce). Okolice 320W zaś pozwalają myśleć o stanięciu na podium w kategorii. Jasne, znajdziesz zawody, w trakcie których rywalizacja w Twojej grupie wiekowej ogranicza się do pokonania jednej osoby, lecz to temat na osobny wpis.
Jedna mała uwaga: zapomnij, że na kozie pchniesz te same waty, z jakimi jeździsz na rowerze szosowym. „Stracisz” od kilku do kilkunastu nawet procent.

OK, FTP dźwignięte ponad trzysta watów, cierpieć lubisz, bikefitter umówiony, tylko co do niego zawieźć? Kolarstwo potrafi być zarówno sportem tanim jak i absurdalnie drogim. Maciek mi ostatnio wytykał, iż pojawiam się na zawodach z rowerem, którego wartość to ponad czterdzieści tysięcy złotych (dzięki, Canyon!). Wiem, wiem, przy chłopakach z czołówki wyglądam na nim, jak biedny kuzyn z dalekiej prowincji, ale nie mam zamiaru tłumaczyć porażek tańszym sprzętem.  😛
A bardziej serio: ktoś kiedyś stwierdził, że w porównaniu do uzależnienia od jazdy indywidualnej na czas i od prędkości w jej trakcie uzyskiwanych, heroina to niegroźne hobby. Trochę tak jest. Zacząć możesz od roweru za niskie kilka tysięcy złotych. Wkrótce jednak zechcesz szukać sekund w sprzęcie. A sufit wydatków nie istnieje. Stożki, dyski, ceramika, ramy, podpórki, kombinezony itd. W sporcie, w którym o wyniku decydują ułamki sekund, każdy najdrobniejszy nawet detal ma znaczenie. …a kolarstwo ma to do siebie, że najdrobniejsze detale potrafią kosztować fortunę.

Czy to oznacza, że nie da się wygrywać na rowerze za pięć tysięcy złotych? Oczywiście, że nie. Na tym za pięćdziesiąt będzie po prostu nieco łatwiej. Z akcentem na nieco. Początki zabawy z jazdą na czas to jednak trening, trening i jeszcze raz trening. A najlepszym treningiem jest wyścig. Staram się przeto ścigać jak najczęściej. Niniejszym zatem oznajmiam, iż chętnie wynajmę się na 1/4 lub 1/8 IM. Do sztafety oczywiście. I tylko, jeśli Cię na to stać.  😉

Zdjęcie: Łukasz Szrubkowski

15 myśli na temat “Śniadań niespodziewane powroty, czyli ITT

      1. Przemku, ale przeciez trenazer to najlepszy sposob zeby wytrenowac „glowe” ktora musi byc zaznajomiona z psychiczna walka zeby dobrze pracowac an ITT 😉

  1. na jakimś popularniejszym 1/8 czy 1/4IM to jednak jest ścisk (bo jednoczesne wyjście z wody, bo pętle) i czy chcesz czy nie troche tego draftu momentami będzie, troche uporczywego wyprzedzania itp.. Czyste TT to tylko na kolarskich czasówkach jak ITT na torze Poznań gdzie zawodnicy startują co minutę.

  2. O, i ja to szanuje. Tym bardziej, że na moim poziomie byle start MTB to przeszło 50km ITT. Znaczy, pewne doświadczenie posiadam. 😉 W dylemacie n+1 sprawy mają się następująco: na ostre za stary, cx zbyt warszafski, na kozę za lekki – i tu widzę pewne możliwości poprawy. Ha!

  3. Chyba jedyna okazja w moim zyciu zeby znalesc sie w jednym rzedzie z Bodim, Bialym i Castro :D. Polecam wydac duzo na dobry kombinezon bo jakies 70% totalnego oporu ruchu to opor aerodynamiczny stawiany przez cialo zawodnika.

  4. Czasówki mają jeszcze jedną zaletę. Są niesamowicie proste do organizacji. Żeby zrobić gonkę na czas w swojej mieścinie, wystarczy znaleźć 10-15 km trasy dwa zsynchronizowane zegarki i puszczanie zawodnika co pełną minutę. I zawody jak się patrzy. Zapraszam chętnych do spróbowania u mnie 🙂 http://www.facebook.com/swrsanokrace

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s