…ponoć.

Jakiś czas temu (niemalże dwa lata w sumie) popełniłem tekst na temat najkorzystniej, moim zdaniem, wydanych pieniędzy w zakresie rowerowych usprawnień. Zatytułowałem go Miliony monet a w treści poruszałem zasadność trwonienia ciężko zarobionych szekli na mniej czy bardziej potrzebne upgrade’y. W końcówce pojawiła się również opinia na temat hamulców tarczowych w szosie. W skrócie: NIE!

No właśnie… Kilkanaście miesięcy (oraz klika spalonych obręczy) później i trzeba odszczekać. Biorę więc na klatę: żyłem w błędzie. Sponsor – eroe.cc 😉 stwierdził, że nie będzie co stromy zjazd płacił za nowe koła i nakazał wymienić V-brake’i na tarcze. Jak pierwsze wrażenia? Cóż… Ano nie wyobrażam sobie, by amator, któremu masą ciała bliżej do kwintala niż Quintany znajdował jakiekolwiek przewagi hamulców „starego” typu. Poza estetycznymi oczywiście. Ja się już może po prostu do ich widoku przyzwyczaiłem (choć wciąż od litych dysków Shimano bardziej podobają mi się lekkie i ażurowe tarcze Campy/Magury – to oczywiście wciąż kwestia gustu). W kwestii codziennego użytkowania zaś, ujmują mnie dwa aspekty: koszty (komplet klocków jest wciąż nieco tańszy od kompletu kół) oraz możliwość dramatycznego przesunięcia punktu hamowania (bez obawy o przysmolenie żywicy) do granicy wyznaczonej nie przez przyczepność opon a raczej przez wielkość jajec. Tak że ten… Jeśli Cię stać – bierz, bo warto.

PS Efektem ubocznym wymiany roweru był „powrót” z elektroniki na linki. Od razu poczułem, że chwilowy. Z elektroniki powrotu nie ma. Jak pisałem: to w sumie kompletnie niepotrzebny gadżet. Niepotrzebny, ale taki, bez którego nie wyobrażasz sobie jazdy, gdy go już spróbujesz. Ponownie: jeśli Cię stać – bierz, bo warto. Tym bardziej, że kompletne grupy w używce znajdziesz już okolicach trzech tysięcy złotych.

Zdjęcie: Matthew Henry

10 myśli na temat “Tylko krowa zdania nie zmienia

  1. Problem dotyczy amatorów chętniej odchudzających portfel niż siebie (80%), jeżdżących po górach szybko (1%), kierujących się modą (99%) i jeśli dobrze rozumiem „trenujących” na karbonowych kołach „bo ich stać”. Durianrider taki szurnięty amator z australii słusznie zauważył, że całe podium TdF tarcz nie miało 😉 Pozdrower

    1. Całe podium ważyło tyle co Przemek lub ja.
      Całe podium ma sponsorów i nie martwi się zakupem kół czy zmianą roweru co etap.
      Przed całym podium jedzie kilkanaście motocykli i samochodów a drogę zabezpiecza masa żandarmów – nie martwisz się zjechaniem na przeciwny pas.
      Taka różnica w hamowaniu prosa a amatora 🙂

  2. Z marketingowego punktu widzenia bardzo słuszne argumenty (czyt. nachalne pchanie produktu, generowanie owczego pędu etc.) Nikt Wam nie kazał dużo ważyć i brać się za kolarstwo 😉 Zauważcie, że większość za podium ważyła podobnie, miała auta serwisowe, nie musiała się martwić o zakup „niezbędnych” drogich kół niezbyt odpornych na mocniejsze hamowanie. Team Sky mając wszystkie hajsy świata wybrał zdaje się rowery bez tarcz, ale nie musiał. Dlaczego? Czy nie jest tak, że na pewnym poziomie tarcze zabierają waty? A już na pewno zgodzicie się, że tarcze nie są na każdą trasę. Chyba, że dyskusja jest o ogólnych rozwiązaniach sprzętowych w masterstwie kolarskim, to przepraszam 😉 Różnie mówią o tym czy jest w pro peletonie wolność wyboru jeśli chodzi o preferencje sprzętowe, ale wiecie to pewnie lepiej ode mnie. Keirin to piękny sport! 🙂 Proszę, nie kupujcie roweru z tarczami tylko dlatego, bo inni kupili i mówią, że są fajne… bo kupili. Zastanawiałem się co lepsze na Sa Calobre i Torsten mi powiedział wprost: „don’t take it, this is shit” 🙂

      1. Tj parafrazując śmieszne twierdzenie: dużo ważę to potrzebuję tarcz 🙂 Tam był wink. To jest wink -> 😉 W kolarstwie chodzi o szybkość. Palenie karbonowych obręczy to trzepactwo. Nie heblujcie tyle i będzie dobrze 😉 Tymczasem to co kochamy stało się „branżą”, a każdy magazyn który biorę do ręki to mało obiektywny katalog reklam. Za kilkanaście miesięcy mam nadzieję znowu „odszczekasz”. Chyba, że będziesz kosić na każdych zawodach czego życzę. Wtedy kupię (a pewnie za 2 lata nie będzie już wyboru), bo w moim rowerze bez tarcz jest jeszcze ze 40000km życia. W każdym razie póki co nie chcę podążać mastersową drogą iniekcji T-400, tylko po to żeby mieć siłę na modne rozwiązania 😉

  3. Dwóch kolesi powyżej zamieściło komentarz krytyczny osłodzony kupą uśmieszków, ale moim zdaniem raczej złośliwie niż przemyślanie. Otóż Przemek niczego odszczekiwać nie będzie musiał. Hamulce tarczowe są obiektywnie lepsze. Wystarczyłoby pojeździć trochę MTB wszelkiej maści, żaden zawodnik przy zdrowych zmysłach, nawet największa mameja z końca stawki, nie pojechałby na v-brejkach od XCO zaczynając a o Downhillu nawet nie wspominając. Radzę spróbować, porównać i wtedy się odzywać. To, że prosi na szosie używają czego chcą to zupełnie inna bajka, Przemek pisał wyraźnie o amatorach, i dla tych przewaga jest jednoznaczna zarówno w skuteczności jak i w obsłudze. Jeśli chodzi o marketing to rozumiem, że jak się wypieściło swego bajka z każdej strony to ciężko wpadać w nowe koszty, mnie też bolało, ale jak już jest to banan sam wyłazi na gębie i można nawet nie hamować jak radzi przedmówca.
    Howgh

  4. Przemek, rozumiem, że problem palenia obręczy dotyczy tylko karbonowych obręczy. Ja w swoich tanich aluminiowych obręczach zaliczyłem już sporo bardzo mocnych hamowań i nic mi sie nie przypaliło. Jedynie co, to klocki się mocniej ścierają, bo i ważę niemało (79kg). A i samodzielna obsługa tarczówek jest chyba jednak trudniejsza, niż tradycyjnych hamulców. Natomiast co do jakości hamowania tarczówek – bez dwóch zdań racja – mam w drugim rowerze (trekkingiwym) – i hamowanie nimi to poezja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s