To pierwszy wpis z cyklu Jak o…lić ogóra, czyli kolarskie porzekadła w praktyce.

Jesteś tutaj (a nie na blogu o skarpetkach), bo lubisz cyferki.
Bo odpala Ci się procedura „Ale Im Wszystkim Zapierdolę Zaraz”, gdy tylko ktoś narysuje kreskę na asfalcie.
Bo zanim zdejmiesz przepocone ciuchy po powrocie z roweru, zdążysz umieścić plik z zapisem treningu na Stravie, Endomondo, TrainingPeaks, GoldenCheetah i VeloViewer – jechaliście w grupie, więc wszystkie KOMy muszą się, na wszelki wypadek, pojawić u Ciebie (ktoś na ustawce mógł przecież ten segment przejechać sekundę szybciej).

Bo jesteś taki, jak ja.

Choć pewnie oficjalnie, wszem i wobec, głosisz, że jeździsz: dla funu, dla zdrowia, dla towarzystwa, dla widoków, bo rower daje Ci wolność i że waty, mierniki, stożki to spalara (lub tym podobne komunały) to w głębi ducha marzysz o jednym: by ten kawałek plastiku z napisem „Za uczestnictwo” zamienić na, jednakowo tani, kawałek plastiku z napisem „I miejsce w Open/Kategorii/na dystansie …”. Niestety, nie masz VO2MAX w okolicach 80 ml/kg/min czy FTP przy 5,5 W/kg a ponadto panicznie boisz się igieł. 😉

…i dlatego mnie potrzebujesz.

Z dobrych wieści:

  • istnieje wielka szansa, że jesteś lżejszy ode mnie,
  • istnieje również szansa, że jesteś ode mnie mocniejszy,
  • jeśli zaś nie jesteś – istnieje duża szansa, iż w dającej się przewidzieć przyszłości, staniesz się taki,
  • zapewne jeździsz więcej ode mnie,
  • zapewne jeździsz częściej ode mnie,
  • zapewne dbasz o dietę bardziej niż ja.

Bo ze mnie żaden koń.
Raczej przyzwoity, ciężkawy amator (jakich setki na każdym wyścigu), który zna swoje silne i słabe strony, wie co jeść, kiedy jeść, jak trenować i gdzie startować. Dzięki temu czasami przywozi do domu te plastiki z napisem „Za zajęcie I-go miejsca”.

Wymyśliłem sobie, że opowiem Ci o tym, w jaki sposób na to pracuję. Wymyśliłem, że zrobię z tego cykl, oparty o krążące w środowisku kolarskie prawdy, półprawdy i mity. „Żeby jeździć, trzeba jeździć”, „Najgorszy wyścig lepszy niż najlepszy trening”, „Kolarstwo szosowe to sport zespołowy”, „Wyścig na szosie to 50% nóg i 50% głowy”, „Trenuj w górach, ścigaj się na płaskim”, „Lepiej dobrze wypocząć niż chujowo potrenować”, „Harden the fuck up” i im podobne. Część z nich trafia w punkt, część o kant przysłowiowej dupy rozbić można. To poradnik w odcinkach, więc będziesz musiał tu wracać. Statystyki odwiedzin same z siebie nie spuchną.  😉

Piszę tak subiektywnie, jak potrafię, więc spieraj się i polemizuj o ile masz odmienne zdanie.

Zaczynamy od „Żeby jeździć, trzeba jeździć„. To chyba najczęściej powtarzany frazes, gdy kogoś na ustawce z dupy wypluje (czytaj: strzeli z koła). „Bo wy macie po trzy i pół tysiąca zrobione a ja ledwo tysiąc”. Widzisz… ta ilość, tak naprawdę, nie ma większego znaczenia.
Znaczenie ma to JAK jeździsz, nie ILE jeździsz. Ta nasza mityczna zimowo-wiosenna „baza” tylko zamula nogę, nic więcej. Szczególnie, gdy przeciągamy ją do połowy lipca. Tak sobie właśnie pyrkałem trzy lata temu a potem, na każdym wyścigu, puszczały wszystkie uszczelki i mrugały na czerwono wszystkie kontrolki. Musimy więc uściślić naszą maksymę: „Gdyby liczyła się objętość, mistrzami świata byliby listonosze. Żeby jeździć mocno, trzeba jeździć mocno„. Tego nie unikniesz. Złe wieści: będzie bolało. Dobre wieści: intensywne treningi trwają, z definicji, dużo krócej niż robienie „bazy”. Treningi „okołoprogowe” to 1h15′-1h30′ (i w pizdu poszedł argument z cyklu: „ale ja nie mam czasu na trening” – wytniesz z FB i PH).
Z moich ostatnich doświadczeń wynika, że po zimowej przerwie wystarczą mniej więcej dwa-trzy tygodnie zamulania, po których każdy kolejny trening to już coraz bardziej „w łeb”. 🙂
Innymi słowy: pierwszą gonkę sezonu (np. w połowie kwietnia) lepiej pojedzie ten, który wsiądzie na rower z końcem lutego a od połowy marca, przez miesiąc, pojeździ sweetspot i FTP (nieznane pojęcia? – dobrze, musisz wrócić, gdyż wkrótce wyjaśnię) niż ten, który sobie Rapha 500 przedłuży i od grudnia do kwietnia będzie się, na lampkach, wlókł 25 km/h. Pierwszy zrobi 1500-2000km, drugi pewnie 4500 km. Ten drugi nazbiera kudosów, ale i potężny łomot na pierwszym wyścigu. Powyższe wnioski zresztą niczym odkrywczym nie są, mówią o tym głośno zarówno zawodnicy pro peletonu (m.in. Alex Dowsett, rozpisujący plany również amatorom), jak i ich trenerzy:

https://www.trainingpeaks.com/blog/the-myth-of-winter-base-training-for-cyclists/

O tym zaś, jak krótko i z jaką intensywnością jeżdżę, by jeździć szybko – w kolejnym wpisie.

PS Spodobało się? Udostępnij, skomentuj i/lub „polub” fanpage na FB. Dziękuję.

Zdjęcie: Robert Urbaniak

37 myśli na temat “Żeby jeździć, trzeba jeździć

          1. Spok,ludzie chcieliby przeczytać: jak zrobić FTP 420W (czy tam 4,7W/kg), żeby wygrać wyścig:) A że masz moc, widać po wynikach,więc liczy się to jak to osiągnąłeś… No powiedz, jak?:D

            1. Tomek, gdybym miał radzić „amatorowi” z FTP przy 4,7W/kg jak wygrać wyścig, byłby to dosyć krótki wpis:
              „Zapierdol od startu i trzymaj do kreski.” 🙂

              Jak się pewnie słusznie domyślasz, w trakcie wyścigów szosowych dużo większe znaczenie niż W/kg ma maksyma „Wyścig szosowy to 50% głowy i 50% nóg”. Po wpisie/wpisach nt. treningu powstanie i ten o taktyce etc.
              Na razie mądrzejsi mi kazali dozować posty, by się za szybko nie „wypstrykać”. 😉

              1. Będę czytał. Nie startowałem jeszcze nigdy w zawodach szosowych, ale namiętnie trenuję na szosie z pomiarem mocy. Tp powiada czasem, że jestem very good, ale w mtb ciężko mi to wykazac 🙂

                1. Szosa to głównie kombinowanie, czytanie wiatru, przewidywanie przebiegu rywalizacji, maksymalne oszczędzanie energii przy jednoczesnym nie przekraczaniu granicy okrzyknięcia mianem wheelsucker-a. Wtedy słabszy ale doświadczony kolarz z palcem w dupie objedzie przekonia-świeżaka 😉

  1. Czekam na więcej ale pierwszy wpis pachnie mi sloganem „po co pracować w zimie skoro można całe przygotowania załatwić w marcu” 😜

  2. Bardzo mi się to podoba 😉 prosiłbym jeszcze na odpowiedź na tekst z dupy ja to określił autor w stylu: ” bo ja to mam treka 1.1 z ciezkimi kołami a wy to macie ścigałki” ;).
    Pozdrawam i czekam na więcej.

  3. Fajnie się czyta. Gratulacje za pióro i chęć przekazania innym światłych myśli. Nie jestem rowerowy, ale wiedza pasuje także do innych sportów, które mnie kręcą mocniej. Zaczytany.

  4. Szybkie pytanie totalnego amatora, który jeździ krótko, a trenuje (dopiero dowiaduje się z czym to się je) jeszcze krócej: warto inwestować w pomiar mocy? Czy spokojnie bez uszczerbku na progresie można potrenować z pulsometrem pierwsze sezony?

    1. Jasne, że dasz radę trenować w oparciu o tętno. Najpewniej z niewielkim lub żadnym uszczerbkiem na progresie. Jednak po pierwszym treningu z pomiarem mocy, nie będziesz chciał go oddać. 😉

      Nie chcę nikomu zaglądać do kieszeni, więc nigdy nikomu nie napiszę: „tak, kup koniecznie – bez tego nie da się jeździć”. W moim mniemaniu miernik jest po prostu bardzo wygodny a da się rozsądny w używce dostać za 2-3K zł. Jeśli nie jest to kwota, która przeraża – brałbym.

  5. Jestem totalnym amatorem. Tak totalnym że nie mam jeszcze roweru 🙂 Jednak chcę mieć i ten blog niezmiernie mnie interesuje. Zwracam się więc w imieniu wszystkich pieszych kolarzy o ograniczanie używania lub tłumaczenie branżowego języka.
    Kudos!
    P.S. co znaczy kudos?

  6. Dobry wpis, zajebisty początek:)

    Warto zaznaczyć, że w przypadku zupełnych początkujących robienie „bazy” jednak ma sens, bo potem lepiej reagują na wprowadzane intensywności. Tak jak za TP: (…) In a well-trained endurance athlete more volume at low intensity will no longer result in greater mitochondrial density (…).

    1. kolejny próbujący przebić się celebryta? oj.. gościu widzę, że biomrchanika czy biochemia Ci obca… rozpisuj dalej gromkie felietoniki, „kolarze” Twojego świadka będą tylko przyklaskiwać..
      zacznij treniwać, ciekawe dlaczego zawodnicy z PRO T. nic nie piszą, a mają wyniki…. trenują a nie sprzedają naciągane mądrości wyssane za jednego/dwóch sezonów… powodzenia krzykaczy 😉

      1. No nareszcie jakiś hejt.
        I to jaki!
        Ubliżenie autorowi ale bez bluzgów.
        Sprowadzenie wszystkich, którym ten tekst mógł się spodobać do roli klakierów.
        Żadnych merytorycznych argumentów.
        Powołanie się na „autorytet”.
        No majstersztyk.
        Nie sposób wywnioskować na ilu sezonach opiera się doświadczenie Pana Paszki ale odważę się wysnyć wniosek, że na treningi to ze szkoły uciekał.

  7. Się o ten chiński kawałek plastiku mòj wpis właśnie rozbija. Mamy XXI wiek, a obytem, w każdych kategoriach, za uczestnictwo nawet, rozdaje się to radioaktywne gòwno, którego pełno pòźniej rozpierdolonego po całym lesie. Nie wystarczy apka z aktualicacjà po każdym ganianiu, lataniu, czy skakaniu? Taniej, czyściej i przejrzyściej.
    Nie żebym beczał. To zwykły wkurw jest na bezmyślnà rozrzutność.
    Pozdrawiam – Przemek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s