To co, czas otworzyć puszkę Pandory?
Pozwól jednak, iż pierwej dobrze nią potrząsnę.

Na wstępie poczyńmy kilka ustaleń. Zdążyliśmy się już nieco poznać, wiesz zatem, iż nie mam problemu z werbalizowaniem swoich opinii. Nie inaczej będzie tym razem. Poniżej znajdziesz moją subiektywną analizę obecnego stanu rzeczy (z kilkoma szokującymi wnioskami) oraz kilka pomysłów, które moim zdaniem, mogłyby wydatnie usprawnić system, w którym przyszło nam funkcjonować.
Zauważ, iż rzadko również namawiam do aktywnego włączenia się w polemikę – blog to nie kółko dyskusyjne. Nie tym razem. Temat jest zbyt ważny byśmy, po raz kolejny, potraktowali go po macoszemu i zamietli pod dywan. Dyskutuj więc, radź, sugeruj i wzbogacaj. Im szerszy krąg zatoczy ta dyskusja, im więcej aktywnych uczestników się w nią zaangażuje, tym lepiej.
Ostatnia uwaga: poniższe przemyślenia powstały przy wydatnym współudziale Maćka Hopa, co oczywiście nie oznacza (ale i nie wyklucza), iż mamy w tej materii w stu procentach zbieżną opinię. Maciek z tematem mierzyć się nie zamierza, ja (jak widzisz) – a i owszem. Wydaje mi się jednak słusznym wspomnieć o jego wkładzie w proces.

Jak wiesz, ścigać się w Polsce możemy w dwóch typach gonek: tych czysto amatorskich oraz tych dla amatorów z licencją masters. Pierwszy wariant jest dużo bardziej popularny, od niego zatem naszą analizę zaczniemy. Gdyby się głębiej zastanowić, ów wariant (przynajmniej w wydaniu szosowym) jest ośmio-, dziesięciokrotnie bardziej popularny od tego drugiego. Tak, wyścigi masters to kilkudziesięciu do stu uczestników, podczas gdy najpopularniejsze wyścigi „czysto amatorskie” (trzymajmy się na obecne potrzeby tej nomenklatury) – nierzadko grubo ponad tysiąc.
OK, a ilu z tych tysięcy uczestników „czysto amatorskich” wyścigów używa niedozwolonego wspomagania? Pięć procent? Dziesięć procent? Może, podobnie jak w Niemczech, do czterdziestu procent (według wyników anonimowej ankiety)?
Widzisz, odpowiedzi na to pytanie nie muszę estymować. Znam dokładną wartość. Wiesz, ile osób łamie przepisy? Żadna. Nie, nie ochujałem. Powtórzę jeszcze raz, by Ci dobrze zarezonowało między uszami: nikt spośród amatorów startujących w większości organizowanych w Polsce wyścigów (ze szczególnym uwzględnieniem szosowych) nie łamie przepisów antydopingowych. Jakim cudem i skąd ta pewność? Nikt ich nie łamie, gdyż one nie istnieją. To znaczy istnieją, ale dotyczą tylko i wyłącznie wyścigów prowadzonych pod auspicjami (czyli zgłoszonych do kalendarza) PZKol lub UCI. I tu pies pogrzebany. Idę o zakład, że większość (jeśli nie wszystkie) wyścigi, w których startowałeś/-aś do tej pory, do owych instytucji zgłoszona nie była. Co to oznacza? To oznacza, że wszelkie pretensje, insynuacje i oskarżenia dotyczące osób startujących w tych imprezach są kompletnie bezpodstawne. Czy używają one metod i specyfików, które w licencjonowanym kolarstwie są zabronione? Moim zdaniem – na potęgę. Dlaczego jednak nie mieliby, skoro pozwala im na to zarówno system, jak i organizatorzy wyścigów? Czy mam zatem pretensje do organizatorów? Nie bardzo. To przedsiębiorcy, którzy korzystają na wybuchu popularności kolarstwa wśród amatorów. Gdyby do mnie co dwa tygodnie przyjeżdżał tysiąc osób, by rzucać we mnie swoimi pieniędzmi, też nie kombinowałbym zbytnio nad regulaminem. Zgłoszenie wyścigu do kalendarza PZKol to kolejne, niepotrzebne z ich punktu widzenia, obostrzenia i wymagania (sędziowie, wozy neutralne itd.).

Dobra, ale widzisz już (wszyscy widzimy), że ten system jest zły. Na wskroś zły. Chciał(a)byś, jak mniemam, ścigać się na czysto, mając równe szanse. Widzisz już, że w większości przypadków nie możesz. Jak to zmienić? Czy mamy jakieś opcje?

Oczywiście, że mamy. Moja wyidealizowana lista potencjalnych rozwiązań przedstawia się następująco.

  1. Wszystkie wyścigi rozgrywane w kraju wpisane są do kalendarza PZKol/UCI. Możliwe? Pewnie tak, choć wymaga to pewnie miesięcy pertraktacji pomiędzy organizatorami a oficjelami a i tak któryś pewnie stwierdzi, że „po co, skoro i tak siedemset osób przyjedzie”.
  2. Każdy z organizatorów zawiera w regulaminie imprezy zapis o konieczności przestrzegania przepisów antydopingowych. Rozwiązanie w teorii najprostsze, ale i najmniej skuteczne. Dlaczego? Organizator musiałby pójść krok dalej i opłacić przyszłe kontrole – nie mógłby tego wymagać od PZKol, nie zgłaszając uprzednio imprezy do ich kalendarza. Wykonalne? Może. Moim zdaniem rozbiłoby się o hajs za badania (koszt pobrania, transportu, weryfikacji, przechowania jednej próbki to 2000-3000 złotych). Być może jednak wpisowe o 15 czy 20 złotych wyższe rozwiązałoby sprawę? Ty mi powiedz/napisz.
  3. Wybieramy tylko wyścigi wpisane do kalendarza. …czyli wykręcamy organizatorom rękę w łokciu, zmuszając ich niejako do popełnienia kroku opisanego w punkcie pierwszym. Metoda dość drastyczna i, moim zdaniem, raczej mało realna – zawsze ktoś się wyłamie (jak wyżej).

Jest i rozwiązanie czwarte. W mej utopii: najbardziej realne oraz optymalne ze względu na potencjalną powszechność. Czy wszyscy uczestnicy wyścigów, które nie zostały zgłoszone do kalendarza, mogą bezkarnie używać niedozwolonej gdzie indziej suplementacji? Nie, nie wszyscy. Nie mogą jej używać ci, którzy zdecydowali się na posiadanie licencji masters. Pamiętasz, jakiś czas temu wrzuciłem jej zdjęcie. Większość komentarzy i drwin dałoby się zbiorczo podsumować w słowach: „ale na chuj Ci ten plastik, przecież on i tak nic nie daje”. Sęk w tym, że dla mnie (a mam nadzieję, iż niedługo i dla Ciebie) kompletnie nieistotne jest czy i co on daje. Nader istotne jest zaś to, co on oznacza. A oznacza, iż to ja, sam z siebie, zobowiązuję się do przestrzegania przepisów antydopingowych. Zauważ, jeśli wszyscy powezmą tego typu zobowiązanie, będziemy mieli z głowy połowę problemu – każdy będzie musiał być gotowy na potencjalną kontrolę. Zarówno w trakcie zawodów jak i poza okresem ich trwania. Wiem, wiem – jak wspomniałem: utopia. Tylko taka, którą udało się wprowadzić na tzw. Zachodzie. To od nas zależy, czy wymusimy na organizatorach objęcie wyścigów przepisami antydopingowymi lub czy uda nam się wypromować modę na posiadanie licencji. Jeśli większość z nas będzie ich posiadaczami, ci którzy jeździć będą bez owego, obśmiewanego teraz, kawałka plastiku, śmierdzieć (czy raczej świecić) będą na kilometr. Dziś (uwaga, okrutny paradoks), uczestnicząc w większości wyścigów po prostu utrwalasz całe zło tego systemu i odbierasz sobie prawo do tego, by wymagać od swojego konkurenta czystej gry.

Cynik w Tobie stwierdzi jednak, iż sam fakt posiadania licencji masters jeszcze niczego nie zmienia, gdyż badań nie będzie (tak jak nie ma ich teraz). Fakt, jak sobie tak tylko z boku staniemy i ponarzekamy – nic się nie zmieni. Ponownie: to od nas zależy, czy ten stan się zmieni. To my tworzymy ten sport na poziomie amatorskim. Ja na przykład, nie miałbym najmniejszego problemu z tym, by zamiast pięćdziesięciu (tak, pięćdziesięciu!) złotych rocznie, zapłacić trzysta, pod warunkiem, że dwieście pięćdziesiąt poszłoby na przyszłe kontrole. Tysiąc takich licencji i zebraliśmy ćwierć miliona. Ćwierć miliona zaś kupuje wystarczającą ilość badań, by FTP wieeeeeeeeelu przebranych za kolarzy spierdoliło się nagle o pięćdziesiąt watów.
Nie lubisz przymusu? Nie chcesz, by to PZKol wydawał Twoje pieniądze? Proszę bardzo: zróbmy to w oparciu o crowdfunding czy inne patronite’y. Ustawmy stałe zlecenie na pięć, dziesięć czy dwadzieścia pięć złotych miesięcznie. Nic prostszego.
Tylko zróbmy coś. Przestańmy wysyłać sobie nawzajem zrzuty ekranów z kretynami zamawiającymi różnej maści specyfiki w mniej lub bardziej publicznych zakątkach internetu (serdeczne pozdrowienia dla odpornych na wiedzę o wirtualnym świecie). Przestańmy rzucać oskarżenia, których i tak nikt nigdy nie będzie w stanie zweryfikować. To tak jak na tym znanym billboardzie: „You are not stuck in traffic. You are traffic.”

Tak, cały system jest zły. …ale to my go tworzymy. I nie ma znaczenia to, czy ścigamy się o pierwsze dziesiąte czy dwusetne miejsce.

…a że ktoś wciąż będzie organizował wyścigi poza kalendarzem i przepisami? Że ktoś będzie chciał tylko w nich startować a na widok licencji uśmiechnie się, spośród pryszczy, z politowaniem? Cóż… Krzyż na drogę. Zapewne krótszą, niż ta wgrana w pliku startowym.

39 myśli na temat “Doping w amatorskim peletonie, czyli: „Na zdrowie!”

  1. wpadł mi do głowy jeden prosty sposób na walkę z dopingiem. Nie trzeba kontrolować wszystkich, wystarczy wprowadzić obowiązkową kontrolę antydopingową po wyścigu dla trzech pierwszych zawodników. Jeżeli wyjdzie pozytywna to należy się zwrot kosztów badania i ban np. na rok na starty. Pozostałe koszty finansowane z wpisowego wszystkich zawodników. Wszyscy pseudo mistrzowie zaczęli by nagle zwalniać przed metą :-), żeby czasem nie wygrać 🙂

    1. No fajny pomysł, ale nie wiem czy to prawnie przejdzie. Tak, czy siak mi się podoba. Pierwsza trójka do kontroli, jak pozytyw, to oni płacą za koszty badania.

  2. Problem w mentalności tzw. (zawodników). Występuje nie tylko w kolarstwie. Gdyby chociaż robili to dla dużej kasy, ale dla zdjęcia na podium na fejsie :)). Dla tegoż zdjęcia zawodnicy z czołowych drużyn MTB w Polsce potrafią skracać trasy na maratonach. :)) Widziałem na własne oczy ( i przecierałem ze zdumienia :))

  3. Twój utopijny świat zakłada, że każdy z nas – kolarzy amatorów – będzie wyrabiał licencję i tym samym oświadczał wszem i wobec, iż postępuje zgodnie z zasadami antydopingowymi.
    W moim utopijnym świecie do niedawna nie przeszłoby mi przez głowę, że ktoś na poziomie takim jak ja (4W/kg), może się szprycować. Mało tego – widząc wiarę na siłowni w zimę nie pomyślałbym, że futrują się sterydami. Do czasu aż poznałem pewnego farmaceutę, który w zasadzie zrzucił mi kamień na łeb. I do dziś dnia jestem, nie wiem nawet jak to określić, pod wrażeniem? Nie, jestem w szoku. Że ktoś może wpierdalać taki syf, tylko po to, by wygrać 200zł na wyścigu, pompkę czy karnet na odnowę w Spa Luxury Krystyna.
    Jestem na planie treningowym, coś tam idzie, bo porównanie FTP z początku zimy do dziś to różnica o 70W, ale nigdy przez głowę mi nie przeszło, że mógłbym się szprycować, żeby dorzucić kolejne 50W. Albo kłuć dupsko, żeby mieć większą łapę (gdybym to na siłowni dmuchał sobie ego – choć szprycowania w takim wypadku nie rozumiem jeszcze bardziej – bo po ki chuj? Żeby zaimponować kolegom?).

    Dopłata do startowego w celu finansowania badań to jedno, licencja to drugie. Zastanawiam się tylko, czy w takim wypadku nie mielibyśmy do czynienia z przyrostem astmatyków w peletonie, bo w końcu w celach „leczniczych” jest to dozwolone 😉

      1. Toteż zaprzestałem startów w wielu wyścigach w tym sezonie. I choć nie wyznaję zasady, że „mój głos nic nie zmieni”, bo nie staram się być bierny, w tym przypadku nie zda się to na zbyt wiele. Niemniej, w przyszłym roku planuję wyrobić licencję i choć moralność nie pozwoliłaby kłuć dupska, uznałem, że to będzie dodatkowy, dobry ruch.

        Jedna sprawa to koszenie ogórków przez ludzi, którzy odjeżdżają samotnie i jadą całość do końca, a inna to ludzie, którzy POWINNI jeździć z licencją. Trochę inne podwórko, ale spójrzmy sobie na maratony MTB, gdzie naprawdę doświadczeni kolarze jeżdżą po okolicznych wyścigach, kosząc dosłownie wszystko, pokazując „amatorom” przepaść, jaka ich dzieli. Szczerze? Byłoby mi wstyd, gdybym był np. takim Kaiserem i przyjeżdżał np. na Solida lub Zachodnią Ligę MTB, gdzie różnica między nim a innymi to… 2W/kg…

          1. Przemku o jedenej ważnej kwestii. Ci co biją się o top 3 w lepszych gonkach to najczęsciej byli kolarze ( od młodzika scigający się ) i czy biorą czy nie ma to wpływu na zawodników co wyczynowcami czy zawodowcami nie byli. Amatorzy bez przeszłości nawet przy cpaniu nie mają totalnie żadnych szans – żadnych,a w mtb czy cx takich nie znam . Technika, powięszona komora czy zachowanie się w peletonie to są czynniki, które robią róznicą i to ogromną, ale jest jak najbardziej za kontrolami.

        1. dzik.
          a co taki Kaiser albo Halejak mają jeździć, skoro nie ma osobnej dla nich ligi, serii zawodów xcm gdzie mogliby powalczyć we własnym sosie?
          mnie też kiedyś lekko załamywało i czułem jakieś zażenowanie sytuacją kiedy na dystansie 50 km mtb jeden z drugim wkładał mi 1/2h., czułem że to nierówna walka, choćbym nie wiem jak trenował. Może to pcha amatorów do brania, bo już naturalnie nie mogą, więc szpryca pozwoli im nie stracić 1/2h tylko 1/4h? nie wiem, nie rozumiem ale tak może być…
          obecnie mam ich gdzieś, niech sobie jeżdżą, jak ja bym miał rywalizować z dawnymi kolegami z podwórka, którzy aktualnie mają lustrzyco-miażdżycę brzuszną, to prawdopodobnie bym sobie odpuścił, bo czułbym się nie na miejscu, ale jak PZ wspomniał – to inna para kaloszy.
          Jeżeli w Polsce jest jak w Niemczech, czyli 40% amatorów się szprycuje, to moja jazda i ciężkie treningi, ostatni upadek w Szklarskiej, i cała reszta, żeby być lepszym, traca sens, a żeby ten sens powrócił, także bez problemu jestem w stanie zapłacić monetę, żeby wspomóc badania i wyeliminować koksów. Jak patrzę w sektorze, w którym stoję przed startem na niektórych wyniki, postęp ponadprzeciętny, cerę, muskulaturę, to nie mam złudzeń, ale za rękę może ich złapać jedynie organizator i to chyba do niego należy 1. krok, a jest kilku (Zamana, Grabek), którzy mają już taką renomę, że mogą zaryzykować taki krok, ba, może to nawet im wyjść na dobre, moga to przekuć w sukces. Może dotacja na badanie próbek z ministerstwa, podniesienie nieznacznie opłaty? Do badania np. 5 osób z pierwszej 50 open. Kara – dyskwalifikacja i przede wszystkim wstyd!
          Przemek, co my od dołu możemy zrobić? ty już zrobiłeś sporo, ale decyzje, stworzenie procedur, systemu – na to nie mamy wpływu. My możemy później pomóc uczestnicząc i wspierając ten system, jak te podwaliny zostaną stworzone.

          1. dobrze napisałeś to nie problem Andrzeja Kaisera i innych doświaczonych kolarzy tylko UCI i PZKol, która ma w d… ie każdego kolarza, powtarzam każdego i tego z licencją i totalnych amatorów. PZKol nigdy nie miał rozwiązań jak rozdzielić takich zawodników i nie miala pomysłu, aby był z tego kolarstwa jakiś zysk dla samego kolarza. Tak naprawdę to tacy sami ludzie jak my – trenują więcej i mają prawo startować w imprezach amatorskich, zawodowcami byli dawno temu i tak naprawdę zawsze znajdzie sie ktos z kim rywalizują , a słabsi tez mają swój cel ( pokonac kolegę z teamu czy innego zawodnika z kategorii) .

    1. Kurde.
      Trochę poza tematem dopingowym, ale jakim cudem od zimy podniosłeś FTP o 70 wat ?
      Ja ciężko haruję cały czas i w stosunku do zimy mam może 30 wat więcej. Może. A jestem też w okolicach 4 W/kg.

  4. Moim zdaniem tylko kontrole ich obecność / pewność, że będą – np. poprzez odpowiednie zapisy w regulaminach zawodów – dadzą po jakimś czasie oczyszczenie środowiska.
    Oczywiście nad takim zapisem musiałby się wypowiedzieć odpowiedni prawnik i po stronie orga i POLADA.

    Ostatnio w ramach MP XCO w Warszawie – pytałem ile będzie kontroli – i odpowiedź od orga że to nie oni są za to odpowiedzialni, PZKOL, że to POLADA/WADA – pytałem i email bez odpowiedz … dupa … nikt nic nie wie.
    Ile było faktycznie tych kontroli – nie wie nikt – może ktoś z was wie ?

    Tak samo wszelkie akcje typu „Gram czysto” lub „Say no to DRAFTING” w triathlonie są tylko marketingowym bełkotem.
    Bez badań i kar w postaci dyskwalifikacji + odpowiednie strony z informacją dla orgów i zawodników kto ile i na jak długo nie ma prawa startować – powinno zadziałać.

    Samo wykupienie licencji bez gwarancji kontroli nic nie da.

    Licencje – niby wszystko fajnie ale to tylko kartonik / podatek …
    A co jeśli uprawiamy wiele różnych dyscyplin ? do każdej muszę sobie KUPIĆ licencję ?

    Żeby wystartować w dowolnych zawodach pływackich nie potrzebuję licencji PZP
    to samo w zawodach biegowych nie potrzebuję licencji PZLA
    to niby czemu nagle w kolarstwie potrzebuję licencji PZKOL ?
    Triathlon – tu się coś dzieje – zostaję zmuszony w niektórych imprezach wykupić – ale możliwe jest zakupienie jednodniowej – oficjalnie kasa idzie na szkolenie młodych – OK // niestety nie przekłada się to na ilość badań antydopingowych 😦

    Pozdrawiam
    Piotr Małek

    1. Dużo celnych uwag, ale wciąż nierozwiązanym pozostaje brak środków na badania. Jednym z wymienionych przeze mnie sposobów jest właśnie zrzeszenie się pod auspicjami PZKol, który mógłby/powinien przeznaczyć dodatkowo pozyskane środki na prowadzenie kontroli.

    2. Z pływaniem nie do końca- w zawodach rangi wojewódzkiej/krajowej, w ligach wojewódzkich i wszystkich ważniejszych imprezach takową licencje musisz posiadać, owszem możesz startować w zawodach rangi okręgowej organizowanych przez kluby dla kasy- bez licencji (jeśli organizator na to pozwala, a jest tak coraz rzadziej) ale czasy nie będą zamieszczane w swimrankingu i jesteś skazany na starty z NT.
      Co do biegania mozna przebierać do wyboru do koloru i startować bez licencji ani żadnych badań 🙂
      Pozdrawiam Marcin Korgul

      1. Marcin Korgul
        Oczywiście mowa jest o sporcie amatorskim 🙂
        A tam nie powinno być na siłę wciskanie licencji danego związku tylko po to bo to dodatkowa kasa dla związku.
        Wszystko powinno być zawarte w opłacie startowej i odpowiednim regulaminie (np. że obowiązują przepisy antydopingowe wg. POLADA) – a to zweryfikuje czy są na to chętni czy nie.

        Wszelkie wydarzenia sportowe dla amatorów mają promować daną dyscyplinę sportu – świetnym przykładem jest działanie PZ Biathlonu i zawody z cyklu „Biathlon dla każdego” – dodam, że darmowe do tego.

        Przemek – jeśli chodzi o finansowanie badań na zlecenie trzeba podpytać POLADA – jak to wygląda proceduralnie.

        Działania marketingowe/szkoleniowe POLADA, robi w tym kierunku dobrą robotę.

        Teraz liczby

        według raportu POLADA za 2016 rok
        Wydali na badania kwotę: 1033900,24 zł
        Przebadali: 3282 próbki moczu i krwi
        Co w przeliczeniu na jedną próbkę wychodzi 315 zł

        Licząc całość koszty badania / administracja / edukacja – wyszło: 2 137 000,00
        dzieląc to na ilość próbek jakie przebadali wychodzi: 651 zł / próbkę

        To znacznie poniżej podawanych 3000 zł !!!

        Teraz pytanie ile by to kosztowało np. na maratonie MTB
        3 osoby z top OPEN (Kobiet i Mężczyzn) + losowo 4 próbki zwycięzców z różnych kategorii wiekowych wychodzi 10 próbek / start
        licząc po 650 wychodzi 6500 zł dodatkowy koszt
        Dzieląc to na powiedzmy 700 uczestników – wychodzi po niecałe 10 zł 🙂 dodatkowych kosztów w ramach wpisowego.

        Ciekawe ile było by przez to mniej startujących ? – a może okazało by się że będzie więcej ? 🙂

        —–
        Roczna licencja dla mastersów (o ile dobrze wybrałem 😉
        PZP – 25 zł (jest licencja zawodnicza i tyle w temacie)
        PZLA – 60 zł (seniorzy – zawodnicza – nie ma mastersów)
        PZTri – 100 zł (w tym ubezpieczenie) (20 zł / dzienna)
        PZKol – 400 zł ? / Regionalna 50 zł (podział taki, że nie wiem czy dobrze dobrałem dane z cennika – o wadach i zaletach licencji ogólnej a regionalnej nie mam pojęcia)

        Rozumiem licencje zawodników od powiedzmy juniora do Elity
        Taki podział łatwo informuje kto jest zawodnikiem a kto amatorem

        Licencja dla amatorów jak dla mnie jest trochę bez sensu – jeśli już coś ma kapać dla związku to powinno być zawarte w opłacie startowej.

        w famillyCup jest coś takiego jak karencja dla zawodników i nie mogą się oni ścigać z amatorami (tzn. mogą ale PK)

        Piotr Małek

  5. Smutne te wnioski i myślę, że ten artykuł niewiele zmieni. Ale to dobrze, że przynajmniej głośno powiedziałeś to, co było raczej tajemnicą poliszynela. Faktycznie najlepszym wyjściem (i najtańszym zarazem) byłoby badanie zwycięzców maratonów na niedozwolone substancje, ale czy organizatorom naprawdę na tym zależy? Wątpię…

  6. Niektóre zawody MTB mają zapisy o dopingu w regulaminach. Np: http://maratonykresowe.pl/?page_id=5361

    Cytat:
    21. Kontrola antydopingowa

    W Maratonach Kresowych nie mogą brać udziału zawodnicy zawieszeni za stosowanie dopingu.
    Organizator może poddać zwycięzców zawodów i wylosowanych uczestników kontroli antydopingowej. Brak zgody zawodnika na kontrolę będzie skutkować automatyczną dyskwalifikacją.

    1. Tak, dlatego właśnie tak często podkreślam, że sytuacja dotyczy przede wszystkim wyścigów szosowych.

      Pewnie wystarczyłoby zawrzeć taki zapis w regulaminie i opłacić ze dwa, trzy razy kontrolę, by ćpanie drastycznie spadło.

  7. Lubię czytać twój blog. Nie raz, nie dwa szczerzę się uśmiałem a i z kliku rad, szczególnie tych o sposobie trenowania skorzystałem. Chciałbym się wypowiedzieć na temat dopingu z perspektywy amatora w bieganiu triathlonie czy w kolarstwie choć w tym ostatnim mam najmniejsze doświadczenie. Jestem amatorem, który zajmuje najczęściej pozycje w zakresie od 35 do 78 EPI czyli raczej ten ze średniej półki. Rozumiem Was, którzy ścigają się o pierwsze miejsca, że brak dopingu jest istotny bo zaciemnia sytuację kto jest najlepszy. ale dla mnie ze środka stawki to jest bez znaczenia a przynajmniej ma to na tyle małe znaczenia, że nie chciałbym za to ponosić jakichkolwiek dodatkowych kosztów w postaci licencji, opłat za badania antydopingowe dla zwycięzców czy tym podobne. To jest sport amatorski i w domu przed lustrem wiem czy grałem czysto czy nie. Czy wynik, który osiągnąłem jest moją zasługą czy wynikiem oszustwa. Podsumowując- dla przeciętnego amatora a takich jest chyba większość, którzy najczęściej nie mają bladego pojęcia kto wygrał zawody w których brali udział jest bez znaczenia czy ten nieznany ktoś się szprycował czy nie i nie chcieliby płacić dodatkowych pieniędzy za jego głupotę.
    PS Nie chce mi się wierzyć, że ktoś dla plastikowego pucharka oszukuje. Bo jaki jest cel? W sporcie pro jestem w stanie to zrozumieć- kasa i splendor ale tu nie ma ani jednego ani drugiego. Nagrody symboliczne a i fanów podczas wręczania nagród nie ma (mało kto przychodzi na rozdanie nagród) . Więc po co? Samego się przecież nie oszukasz.

      1. To niech ćpają. To nie gry komputerowe, gdzie cheaterzy niczym nie ryzykują. Chcą płacić zdrowiem za swoją pychę to ich sprawa. Niby to wkurwia, bo nie można plastikowego pucharka zdobyć nie oszukując, ale to nadal plastik, z którego sam się Przemku nie raz tu nabijałeś.
        A próbujący oszukiwać będą zawsze. Niektórzy mają to we krwi. I jakie by nie były przepisy to będą je obchodzić mając w dupie co o nich pomyśli środowisko.
        Dla przykładu anegdotka z żeglarstwa. Amatorskie regaty, klasa turystyczna. Ścigają się rodziny na starych krypach. Przyjeżdża koleś z łódką zaprojektowaną pod przepisy. Jednym z elementów branych do przelicznika (łódki są różne, więc przepisy starają się wyrównywać szanse na podstawie parametrów łodzi i czas jest przeliczany po regatach) jest to, czy łódka ma silnik przyczepny, czy pod pokładem, a w tym drugim przypadku, czy śruba silnikowa jest składana czy na stałe przytwierdzona do kadłuba. Koleś wygrywa regaty dzięki przelicznikowi, ale ktoś zauważa przy wyciąganiu jego łodzi z wody, że śruby nie ma, a zgłoszono tą nieskładaną. Protest!
        Koleś wyciąga z pod pokładu mały elektryczny silnik do łódki wędkarskiej i pokazuje zwykłą śrubkę M8 wkręconą w kadłub. Na potwierdzenie, że to śruba silnikowa macha fakturą z Intercarsa… Kurtyna.

        1. Cześć. Tak… słyszałem o tej sytuacji i o paru podobnych. Ręce opadają. I tym co przepisy klasy turystycznej pisali też opadły nikt nie podejrzewał że ktoś może być tak bezczelny.
          A co do tematu to bodajże w piłce nożnej kontroli poddawani są strzelcy bramek

      2. Być może tak, ale to nie jest mój problem tylko ich. Ja mam na każdej mecie i przed lustrem banana na buzi a oni chyba nie koniecznie.

      3. Przemku, i co z tego? Lasy giną, dzieci w Afryce umierają z głodu, nie na wszystko mamy wpływ i nie zawsze chcemy mieć ten wpływ. Dla mnie, dla Sławka i pewnie 90% uczestników nie ma to znaczenia, bo albo sami ćpają albo tak jak my mają tak daleko do pudła, że nawet ćpać się nie opłaca. Pomysł z testami dla zwycięzców jest super, bo z jednej strony nagłośni temat a z drugiej pomoże takim jak Ty walczyć fair. Poddać się kontroli mogę, ale niechętnie zapłaciłbym za to w opłacie startowej albo w licencji.

  8. Hmm, w sumie to nie wiem, może ktoś mnie przekona albo jestem jakiś dziwny ale jak dla mnie problemu doping w sporcie amatorskim nie ma, by jest .. amatorski. Przecież my wszyscy jeździmy dla siebie, trenujemy, żęby czerpać przyjemność z progresu i rozwoju, ewentulanie chcemy byc szybsi niż sąsiad albo kumpel. Czy ja jestem jakiś naiwny? Gdyby sie okazało, że na ostatnim przykładowo mnichu przegrałem pudło w kategorii, ponieważ koleś przede mną miał silniczek w ramie kompletnie bym się tym nie przejął. No bo co? Że oszukał? Że mi się pudło należało, bo ciężko przepracowałem zimę? Ja i tak pierwsze co sprawdzam po wyścigu to mój Power Curve, bo zobaczyć progress, a potem ewentulanie wynik.

    Żeby było jasne, generalnie oczywiście mierzi mnie zakłamanie, złodziejstwo i cwaniactwo i staram się to tępić w życiu codziennym, ale to jest zabawa. Dla mnie, biurowego korpo szczura większymi „dopingowiczami” są ludzie co nie muszą siedzeć przed kompem 8h+ i doktoryzować się z zarządzania czasem, żeby upchac 25h treningu w tygodniu, tylko są np. bezdzietnymi kawalerami z bogatych domów, którzy poszli w kolarstwo zamiast rozbijać się furami po mieście.

    Ale może mam skrzywione podejście ponieważ:
    – nie mam face’a/bloga/followersów wiec nie muszę wrzucać zdjęć z pudła 🙂
    – reczej dojeżdżam poza strefą medalową (może jak się to zmieni z zmieni sie również moje podejście) 🙂 albo jak się okaże, że gdyby nie doping to bym wygrywał 🙂
    – nie muszę zdawać raportu z wyników mojej rodzinie, by ta przedłużyła mi zgodę na zaniedbywanie jej i olewanie wszystkich imprez towarzyskich w weekendy
    – 2 tygodnie temu zrobiłem GF we Włoszech (Gavia e Mortirolo) gdzie dostałem w dupe od lokalnych Włochów ponad godzine, a i tak mam satysfakcję, fajnie było, sprawdziałem się.

    PS. Co tam ustalicie, macie moje wsparcie.

    1. Cześć.,
      Popieram pomysł Przemka. Wylansujmy posiadanie licencji jako wizytówki – jestem czysty, gram fear.
      Pozostali którzy dobrze sie czuja w zawodach bez kontroli niech tam zostaną.
      Licencja może byc drozsza, ale nie od pierwszego sezonu. Na uruchomienie systemu należy znaleźć najpierw kase i ludzi.
      Pokazać że działa.
      A pptem finansować z licencji.
      Pozdrawiam

  9. Mam podobne zdanie jak poprzednicy odnośnie ścigania się całkowicie amatorsko, czyli dla fun’u a nie wyniku. Ale te 10 czy 20 zeta więcej w opłacie startowej za kontrolę antydopingową chętnie bym dopłacił (obecnie i tak nie rozumiem, dlaczego jedne zawody kosztują 60zł, inne 90 a jeszcze inne 140)

  10. późno ale dołożę swoje trzy grosze..
    1. Oczywiście, nie ma problemu żebyśmy w Regulaminach organizowanych imprez dopisali punkty o zakazie stosowania środków niedozwolonych, etc. dopiszemy taki punkt przed najbliższym Szosowym Klasykiem w Grodowcu.
    2. Licencje – to osobny temat, którym pewnie zajmie się Przemek! Od wielu lat przekonywałem wielu działaczy i wiele instytucji, żeby licencja była dokumentem świadczącym o: umiejętnościach, kulturze, znajomości zasad, przepisów, itd.. Na razie to tylko kawałek plastiku nie świadczący o niczym, można od jutra go kupić i zostać kolarzem! nawet nie umiejąc jeździć na rowerze. W wielu krajach, na odpowiedni rodzaj licencji trzeba zasłużyć wynikami, dlaczego u nas nie możny by wprowadzić (dot. amatorskich licencji) zasad, które określałyby kwalifikacji do odpowiednich licencji. Dlatego też od kilku lat na Bike Maratonie na dystansie GIGA jest kat. PRO, w której zawodnicy z licencjami Elita, oraz inni amatorzy, którzy wyrażą chęć rywalizują razem w jednej kategorii, gdzie często okazuje się, że Ci bez licencji są lepsi od tych licencjonowanych. Gdybyśmy w przyszłości byli w stanie doprowadzić do tego, że licencja (amatorska) jest wyznacznikiem: posiadania wiedzy, umiejętności, doświadczenia, że jest dowodem robienia badań lekarskich (żeby ludzie nie umierali na imprezach) oraz tych związanych z dopingiem, oraz świadczy również o posiadaniu jakiegokolwiek ubezpieczenia NNW oraz przyzwoitego ubezpieczeni OC (o tym pewnie Przemek też napisze..) – to jestem ZA!
    3. Badania i kontrole na imprezach – możemy spróbować, na wielu imprezach mieliśmy z tym już doświadczenia, do zrealizowania najszybciej w przyszłym sezonie.
    4. Najważniejsze!
    Reasumując uważam, że imprezy, które organizujemy robimy dla „normalnych” fajnych ludzi, którzy w większości dbają o swoje zdrowie i traktują to jako świetną zabawę i sportowe hobby. Zakładając, że „większość ćpa” zakładamy, że tysiąc ludzi na TDP amatorów jedzie na koksie, a to nieprawda! Walczmy z dopingiem wśród amatorów i zawodowców, ale nie dajmy się zwariować! Już 10 lat temu Związek postanowił wszystkich uczestników maratonów MTB uszczęśliwić licencjami , chyba to się nazywało „maraton – hobby” za 5 zł/szt. Żeby nie obciążać uczestników Bike Maratonu – postanowiliśmy za to zapłacić!! Więc licencje były wydawane bezpłatnie w namiocie przy biurze zawodów. Przy 1000 startujących odebrało je 3 osoby (słownie: trzy) – taka była chęć uczestników identyfikacji z PZKOL.
    Tyle w temacie..
    pozdrawiam wszystkich co nie biorą.

  11. Hej! Nie ważne jakie wywody tu się pojawią… ludzi nie można nauczyć uczciwości! Nie jestem za „zmuszaniem” do zakupu jakieś licencji bo to niczego nie zmieni, tylko nabije kasę organizatorom, którzy i tak nic nie zrobią. Bo kto się martwi amatorami?
    Podpiszę się natomiast pod słowami kolegów wyżej – ja ścigam się dla siebie. Czy mam płakać że nie mam pudła? Czy mam płakać że mnie ktoś urwał? Czy w końcu – mam każdego z pierwszej trójki podejrzewać o doping? To jakieś chore!!! Jest progress, jest zdrowie, jest radocha – dla mnie to wystarczy. A jak ktoś „musi” się szprycować aby komuś innemu coś udowodnić – to niech to robi. I NIC ale to NIC mu w tym nie przeszkodzi.
    Zastanówcie się – przy założeniu że 40% bierze… co da przebadanie pierwszej trójki? Jeśli wynik będzie pozytywny to DNF a na pudło wskoczy kolejna naszprycowana ale nie zbadana trójka. Jak ci pierwsi dostaną bana to co? Kto to sprawdzi??
    Skoro Froom może to tym bardziej Pan Kowalski będzie się wspomagał. I dla niego wydanie kasy na chemię będzie lepsze niż wydanie kasy na licencję. Przykre to jest, ale bardzo ciężko jest to zmienić.

  12. Witam! Niestety na wstępie zaznaczę, że MOIM zdaniem jakiekolwiek licencje i badanie amatorów na wyścigach amatorów oczywiście, nie ma absolutnie żadnego sensu i jest praktycznie niemożliwym do zrealizowania. Jak zachęcić osoby do dodatkowej papierologii związanej z licencją skoro rzesza tych osób nie zawsze znajduje czas na zapisy online przed zawodami i robi to w dniu wyścigu. Niestety doping jest kwestią nie do ominięcie, to po prostu leży w ludzkiej psychice. Dobrym przykładem jest grono osób chłodzących na siłownię, które kłują tyłek. Przecież większość z nich nie bierze udziału w żadnych zawodach i nigdzie nie startuje, ot tak tylko chodzą sobie pakować ciężary z kumplami. Moim zdaniem lekarstwem na doping w sporcie amatorskim jest jedynie świadomość oddolna środowiska po co tak wgl startujemy w zawodach. Jedni robią to by zmierzyć się z samym sobą, poprawić wynik, poczuć atmosferę wyścigu, zobaczyć czy jest progres, włożyć parę sekund koledze z innej drużyny, czy z bardziej prozaicznych przyczyn być zadowolonym że rower który samemu się serwisuje daje rade na zawodach. Jeśli dalej będziemy lokalne ogórki traktować jak poligon i nakręcać ciśnienie na zwycięstwo to dalej będzie problem z dopingiem. Moim zdaniem odgórne inicjatywy są po prostu niemożliwe do zrealizowania.

  13. Ok, zacznijmy od podstaw, czyli bazy, na czym opiera się test antydopingowy. Znajomość listy substancji zakazanych, ratyfikowanie regulaminu WADA wraz z przyjęciem licencji. Czy w Polsce wykonuje się próby A i B? Zawodnicy PRO prowadzą zdaje się dzienniki, notują przyjmowanie każdej substancji która może zaowocować podejrzanym wynikiem. Nawet środki na kaszel. Ile to kosztuje? Kto ponosiłby takie koszta? Zacząłbym od rzetelnej informacji, wiedzy jak system działa w kraju, na jakich przepisach, regulaminach się opiera, gdzie je znaleźć, jaką wiedzą musi dysponować sportowiec… W końcu zauważysz że ten tekst to czysta utopia bo rozbija się o pieniądze które musiałby wywalić na swoje hobby amator, a które w ostatecznym bilansie są tak wysokie, że amatorskie kolarstwo przestałoby być zabawą. Z amatorskim dopingiem nic się obecnie nei da zrobić. Realnie. Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s